NA ANTENIE
WTOREK 07.09.2010
W trakcie tworzenia
Admin
PUBLICYSTYKA
\\\ CZYTAJ...
GIEŁDA PRZEBOJÓW WARTOŚCIOWYCH
Daj głos!
Daj głos!
UNIKALNE GRAMY SŁOWEM
Uniradio jest studencką rozgłośnią Uniwersytetu Wrocławskiego. Nadajemy od poniedziałku do piątku w godzinach popołudniowych. W trakcie nadawania można posłuchać wielu ciekawych audycji tematycznych, które przygotowują członkowie naszego zespołu redakcyjnego. Tytuły audycji oraz ich krótkie opisy znajdziecie w dziale Ramówka. Jeżeli chcecie podzielić się uwagami na ich temat albo wziąć udział w dyskusji z dziennikarzami Uniradia, korzystajcie z naszego Forum. Zapraszamy!
Nasz profil w Youtube:
www.youtube.com/user/wroclawskieUniradio
GG: 278708
Nasz profil w Youtube:
www.youtube.com/user/wroclawskieUniradio
GG: 278708
10-05-2010
|
Jesse Cook: Tysiąc płyt w piwnicy rodziców

Od najmłodszych lat nazywany wirtuozem, obecnie jeden z najbardziej znanych gitarzystów flamenco na świecie - Jesse Cook pojawił się we Wrocławiu by spotkać się ze swoimi fanami i porozmawiać z dziennikarzami. O cygańskie inspiracje, znanych sąsiadów, przełomowe momenty kariery i interpretowanie bez słów – wypytywał Adrian Fulneczek.
Sławę dała ci gitara, ale czy grywasz też na innych instrumentach?
Och, niezbyt dobrze. W ósmej klasie musiałem zaliczyć zajęcia z fortepianu, ale od tego czasu nie podchodzę do niego zbyt często. Do dziś lubię za to grać na perkusji. Pozostałe instrumenty też w pewnym stopniu opanowałem, bo przy nagrywaniu jakiejkolwiek płyty zawsze najpierw sam wykonuję partie wszystkich instrumentów. Później, gdy płyta zbliża się do etapu miksowania, zaczynam zamieniać swoje nagrania tymi stworzonymi przez prawdziwych muzyków. Zdarza się też, że jeśli mój fragment brzmi wystarczająco dobrze to po prostu go zostawiam. To jest właśnie cud nagrywania: jeśli coś popsujesz w połowie utworu zawsze może zacząć od początku.
Kiedy zrozumiałeś, że to gitara będzie „tym” instrumentem?
Sam nie wiem, właściwie zawsze kochałem gitary. Nie pamiętam takiego czasu w moim życiu żebym na niej nie grał. Tzn. nawet gdy byłem naprawdę, naprawdę mały zawsze miałem jakąś gitarę-zabawkę w ręce.
Może to zaczęło się, gdy – jak podaje biografia na twojej oficjalnej stronie internetowej – mając 3 lata próbowałeś naśladować grę sławnego Manitasa de Platy.
Bardzo możliwe, że tak. Mieszkaliśmy we Francji, a Manitas de Plata był tam wtedy sławny. Moja matka miała jego płyty flamenco, a ja je uwielbiałem. Siedziałem i na okrągło śpiewałem „guantanamera...” odgrywając to na mojej zabawkowej gitarze.
...raczej: próbując odegrać?
No tak, słuszna uwaga, nie umiałem jeszcze zbyt wiele. W każdym razie, to chyba zaczęło się już wtedy.
Jakiego rodzaju wpływ miał na ciebie czas spędzony w Arles (południowa Francja), cygańska atmosfera tego miejsca i otaczająca cię tam z każdej strony cygańska muzyka?
Cóż, na stałe mieszkałem tam zaledwie do 3 roku życia, później przenieśliśmy się do Kanady. Jako nastolatek zacząłem jednak spędzać w Arles każde wakacje. Przeskok z Kanady - kraju z krótką historią, stworzonego przez imigrantów - do pełnej kultury i historii Francji... To był zupełnie inny świat. Tutaj odnajdywałem tych cygańskich muzyków grających w takim stylu jakiego w Kanadzie nie mogłem odnaleźć. Rozpamiętywałem te wakacje, a przez resztę roku starałem się odtworzyć tę niesamowitą muzykę.
Co właściwie cię w niej urzekło?
Pasja i energia, którą ta muzyka ma w sobie, to kompletnie podbiło moje serce kiedy byłem jeszcze młody. Stąd czerpałem motywację by grać dalej.
W świecie flamenco ten twardszy, cygański styl z Francji nie idzie w parze z hiszpańskim flamenco, jest czymś prawie odrębnym. Tak więc wpływ jaki Arles miało na mnie słychać w rumbach, które gram: wydaje mi się, że są one znacznie bardziej „francuskie” niż hiszpańskie.
To prawda, że w dzieciństwie byłeś sąsiadem Nicolasa Reyesa – gwiazdy zespołu Gypsy Kings?
Tak, dom mojego ojca w Arles stał tuż obok domu Reyesa. Pewnego wieczora ojciec puścił mi płytę, wtedy jeszcze lokalnego i nieznanego zespołu: Gypsy Kings. Byłem zachwycony ich muzyką. Kiedy płyta się skończyła, wydawało nam się, że słyszymy jak ktoś w okolicy puszcza tę samą płytę. Po chwili zrozumieliśmy, że te utwory są odgrywane na żywo. Dźwięk dochodził z zewnątrz więc weszliśmy na dach domu mojego ojca. Tam okazało się, że to sąsiedzi wydają jakieś duże przyjęcie. Gdy skończyli grać kolejny utwór mój ojciec powiedział „zagraj coś na gitarze, szybko!”. Efekt był taki, że zaproszono nas do środka. Nagle graliśmy z Gypsy Kings, było świetnie.
Jak wiele w swojej karierze zawdzięczasz tym przypadkowym ludziom, którzy w 1995 roku, podczas Catalina Jazz Festival byli tak zachwyceni twoim występem na małej scenie, że organizatorzy później poprosili cię o występ na głównej scenie?
To bez wątpienia ważny moment, ale jeden z kilku. Kiedy nikt na rynku muzycznym cię nie zna, strasznie trudno jest „wsadzić nogę między drzwi”, jakoś zacząć. Mi udało się przejść ten etap w miarę szczęśliwie. Po pierwsze, w całej serii wydarzeń, nagrałem w domu niezależną płytę „Tempest”. Nie miałem umowy z żadną wytwórnią więc poszedłem do firmy produkującej płyty CD i stworzyłem 1000 kopii tego albumu. Myślałem sobie wtedy: nigdy ich nie sprzedam, to będzie leżało w piwnicy moich rodziców, a ja będę rozdawał tę płytę jako prezent świąteczny...
...przez kolejne 20 lat...
Dokładnie! „Proszę babciu, to dla ciebie, no wiesz... znowu”. W każdym razie, po tygodniu wykupiono cały nakład. Zaczęły dzwonić do nas wytwórnie, podpisaliśmy kontrakt i dzięki jednej z nich zostaliśmy zaproszeni na ten festiwal jazzowy. Ale graliśmy tam po prostu w małym barze, duża scena - a z nią festiwal - była piętro nad nami. My mieliśmy wystąpić w przerwie pomiędzy koncertami. Bar zaczął się zapełniać ludźmi, którzy chcieli się czegoś napić. Po nim cały korytarz i schody do góry. Wszyscy bili brawo i nie chcieli pozwolić nam zejść ze sceny. W końcu spojrzałem na zegarek i powiedziałem, że musimy przestać, bo zaraz zaczyna się koncert, ale oni krzyczeli tylko: nie! bis, bis!
Czego nie mogli przegapić organizatorzy...
Pod koniec weekendu zaproponowali nam osobny występ na głównej scenie. Przedstawiono nas: „powitajcie Jessiego Cooka”, a ludzie na widowni zgotowali nam dziesięciominutową owację na stojąco. Byłem w szoku. Wydaje mi się, że podobnie było z organizatorami i naszą wytwórnią płytową. Kiedy wróciliśmy kilka dni później do Kanady, mój album „Tempest” był debiutem nr 14 na liście Billboardu! To było prawie absurdalne i śmieszne, ale wtedy byłem niesamowicie podekscytowany. Zmieniło się moje życie. Wcześniej miałem jeszcze jedną pracę, a nagle zdałem sobie sprawę, że będę musiał z niej odejść...
Inną pracę, czym się zajmowałeś?
Byłem kompozytorem. Tworzyłem różne melodie dla telewizji, teatrów, produkowałem płyty innych ludzi. Zawsze pracowałem w muzyce, ale nie grałem wtedy na żywo, a już na pewno nie własną, gitarową muzykę. Do tamtego momentu robiłem to tylko dla siebie. Wiele się dla mnie zmieniło, musiałem podejmować trudne decyzje. Pamiętam sytuację, w której produkowałem muzykę do jakiegoś multimedialnego projektu IBM, a jednocześnie wyjechałem na tournee. W trakcie jednego z koncertów zadzwonił mój telefon i ludzie z IBM krzyczeli: „musisz się tu znaleźć w tej chwili”! Odpowiedziałem szeptem, że „naprawdę nie mogę, sami posłuchajcie”. Widownia zaczęła klaskać, a ja zdałem sobie sprawę, że muszę się zdecydować: jedno albo drugie. Postawiłem na to co robię teraz i nigdy nie żałowałem tej decyzji.
Czy to właśnie występy na żywo są tym co sprawia, że ciągle chcesz robić to dalej?
Z różnych powodów lubię jedno i drugie. Nagrywanie płyty w studiu to jak rzeźbienie dzieła sztuki. Możesz stworzyć coś dokładnie takiego jak sobie wymarzyłeś, bez pośpiechu, aż stwierdzisz, że skończyłeś. W czasie koncertu, nic nie możesz zrobić: wchodzisz na scenę, występujesz, a reszta dzieje się sama, nic później już nie zmienisz. Wszystko dzieje się w danej chwili. Ekscytujące w tym jest też to, że muzyka zmienia się każdego wieczora. Ktoś zagra coś inaczej, a ty na to reagujesz, zaczyna się cała sekwencja takich wydarzeń – uwielbiam to, to bardzo stymulujące dla muzyków, ich umysły pracują wtedy bez przerwy.
Jak jest z improwizacjami? Podobno kiedy chodziłeś do szkół muzycznych byłeś bardzo niezdyscyplinowany, nie chciałeś grać tego, czego wymagali od ciebie nauczyciele?
O tak, wydaje mi się, że to prawda. Jak to mawiał mój nauczyciel? „Możesz doprowadzić konia do wody, ale nie zmusisz go żeby się napił”. Kochałem grać na gitarze, ale oni chcieli żebym ćwiczył 3-4 godziny dziennie i brał udział w konkursach kiedy byłem jeszcze młody. Ja z kolei chciałem po prostu... grać w koszykówkę, zostać graczem Harlem Globetrotters (grupy/drużyny łączącej najwyższe umiejętności koszykarskie, z teatrem i kabaretem-red.). To było moje marzenie, moja życiowa ambicja. No cóż, niestety nie wyszło. Jeśli chodzi o gitarę, nadrobiłem wszystko jako nastolatek ćwiczący czasem po 10 godzin dziennie. To był ten moment, w którym musiałem zdecydować co chciałbym dalej robić.
Czyli fakt, że z koszykówką nie wyszło nie czyni cię szczególnie nieszczęśliwym człowiekiem?
Ha, absolutnie nie! Zresztą, po pierwsze nie jestem nawet z Harlemu, po drugie brakuje mi też trochę wzrostu (ok.190cm-red.) i – musimy tu być ze sobą szczerzy – nie jestem aż tak dobry w koszykówkę. Więc może to jednak lepiej, że wybrałem muzykę...
Twoje utwory to prawie zawsze kompozycje instrumentalne bez słów. Jak ludzie mogą je rozumieć, interpretować? Komentując piszą, że to bardzo emocjonalna muzyka, ale czy emocje wystarczają do zrozumienia przekazu?
Całe piękno tworzenia muzyki bez słów polega na tym, że to jak dany utwór i jego treść, zostaną zrozumiane zależy całkowicie od słuchacza. Dla mnie może on oznaczać coś zupełnie innego. Niektórzy ludzie mówią mi, np. „wiesz, ten utwór przypomina mi o jakimś tragicznym wydarzeniu z mojego życia”, a inni wyobrażają sobie przy nim białe galopujące konie. Dla mnie to w porządku. Fakt, że biorą fragment muzyki, który stworzyłem i włączają go w swoje życie to coś niesamowitego, czuję się tym zaszczycony. Zdecydowanie nie odczuwam żadnej potrzeby pokazania im jak to doświadczenie miałoby wyglądać.
I nie przeszkadza ci to, że czasem mogą interpretować dany utwór po prostu „źle”?
Nie... Nie sądzę żeby było coś takiego jak dobry czy zły sposób interpretowania. Dopóki ludzie łączą się ze sobą na tym poziomie, jest w porządku.
Na zakończenie pytanie lokalne: słyszałeś może o wrocławskim Thanks Jimi Festival?
To festiwal gitarowy? Jakieś podziękowanie dla Jimiego Hendrixa?
Tak, tak. Ten podczas którego bije się rekord świata w ilości osób grających jednocześnie na gitarach.
Achh, ten festiwal! Słyszałem o nim: mieliście w tym roku ponad 6 tysięcy gitar grających ten sam utwór, prawda?
Dokładnie. Myślałeś może o tym żeby kiedyś pomóc Wrocławiowi w biciu tego rekordu?
Cóż, w tym roku nie dostałem zaproszenia, a o samym festiwalu dowiedziałem się dopiero dzisiaj rano, ale może organizatorzy mogliby zadzwonić do mnie przed kolejną edycją?
Rozmowa: Adrian Fulneczek
Zdjęcie: AF



